Na początek język

Pierwsza myśl jaka nasunęła mi się po podjęciu decyzji, że inicjuję plan „na Kanary”, była taka, że nie znam kompletnie języka. Nigdy nie uczyłem się języka hiszpańskiego… nigdy nawet nie pomyślałem by się go uczyć. Mimo tego, że moją ukochaną drużyną jest FC Barcelona to jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do zgłębiania języka ojczystego moich idoli. Pewnie poniekąd było to spowodowane moimi marnymi predyspozycjami lingwistycznymi. Nigdy nie byłem mocny w językach… nawet w polskim 🙂 Zawsze nadrabiałem przedmiotami ścisłymi – w końcu programista 🙂

Jakoś jednak trzeba było to ogarnąć, bo grzebiąc po czeluściach Google’a dowiedziałem się, że o ile w hotelach i mocno turystycznych miejscach, da się porozumieć po angielsku to poza tym może być krucho. Hiszpanie nie związani z turystyką raczej preferują język ojczysty i bez niego może być naprawdę ciężko. Tak więc chcąc nie chcąc trzeba wziąć się za hiszpański. Mało tego… z angielskim u mnie też jest, delikatnie to ujmując, średnio. Tak to właśnie pojawił się pierwszy, obowiązkowy punkt programu – nauka języków.

Oczywiście jako wyznawca nowoczesnych technologii, który wszystko co można robi przez internet (łącznie ze sprawdzaniem temperatury na zewnątrz przed wyjściem z domu), zacząłem szukać aplikacji językowych. Mój wybór padł na, mocno wychwalane i nagradzane, DuoLingo. Postanowienie miałem by uczyć się naprzemiennie angielskiego oraz hiszpańskiego. Aplikacja ta ma wiele języków, więc to nie problem. Zacząłem od angielskiego. Na starcie aplikacja zrobiła mi test kompetencji, by oszacować mój poziom i dostosować tok nauki do moich umiejętności. Nie wiem jak to się stało, ale twierdzi ona, że umiem już prawie 70% materiału… polemizowałbym no ale… pewnie ona wie lepiej 🙂 Tak więc zacząłem naukę. Z angielskim szło dość sprawnie, więc poszukałem kursu hiszpańskiego. I tutaj pojawił się pewien problem. O ile angielski jest dla mówiących po polsku to hiszpańskiego już nie ma… hiszpański jest tylko dla mówiących po angielsku. Tym sposobem uczę się hiszpańskiego poprzez angielski. Z jednej strony może to i dobre, bo jakby nie było uczę się dwóch języków na raz, ale z drugiej czytałem gdzieś, że to jest mniej efektywne.

Ostatnio angielski poszedł jakby trochę w odstawkę. Cały czas cisnę hiszpański. Mam poczucie, że w nim mam dużo więcej do zrobienia. Poza tym, ucząc się go, utrwalam też, jakby nie było, angielski. Pewnie schody zaczną się gdy hiszpański wkroczy na poziom wyższy. Na razie jest to początek, więc ekwiwalent angielski mam raczej ogarnięty i nie ma trudności. Gorzej będzie jak ucząc się hiszpańskiego będę musiał szukać w słowniku co to znaczy po angielsku 🙂 Nie poddam się jednak i mam nadzieję, że będzie to szło do przodu. Do tej pory idzie fajnie… widzę postępy i to daję kopa do dalszego działania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *